Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/19

Ta strona została uwierzytelniona.


— Dziecko drogie, jak ty się wyrażasz. Kto widział mówić: facet. Mówi się: nikczemnik.
— O tak, nikczemnik!
— Bo panienka się za nim obejrzała — mówi Marjanna.
— Dziecko moje! — załamała ręce mateczka. — Jakże nierozważna jesteś: byłabyś zgubiona.
— Zgubiona na wieki! — mówię.
— Bezpowrotnie.
— Nieodwołalnie — dodaję.
— Wychodzić będziesz tylko ze mną.
— O tak, z tobą najdroższa.
— Ze mną. Jutro rano pójdziemy do cioci Zuzanny i do krawcowej.
— Do krawcowej?
— No tak: jesteś przecież panną na wydaniu.
— Ach tak... tak... prawda.
I nazajutrz byłem z mateczką przed obiadem u krawcowej i u ciotki Zuzanny.
I rozpoczęły się katusze, o których wy, mężczyźni, najmniejszego nie macie wyobrażenia.
Nie wolno mi było mówić ani: «do stu par djabłów», ani: «niech mama głowy nie zawraca», ani: «akuszerka», ani «Przybyszewski», ani «miłość», ani nic... nic..
Nie wolno mi było ani uśmiechnąć się, ani ukłonić, ani wyjść na ulicę, ani zaczepić kogo,