Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/192

Ta strona została uwierzytelniona.


pojęciu, przyniosłoby ujmę szlachetnemu zawodowi, który pan uprawiasz, jak sądzę.
Sie wi. Pan masz mnie za złodzieja — co?
— O panie — przerwałem wzburzony — nie nazywajmy rzeczy tak dosadnie. Język nasz jest już dostatecznie giętki, by można było mówić to, co z tych lub innych powodów może być drażliwem. Ja mam pana za indywidualistę, zapewne cokolwiek neurastenika, i tak jest z pewnością. Czyż nie? — sam pan osądź.
Sie wi. Bo widzi pan, niech panu się znowu nie zdaje, że ja to tak sobie tylko. Ho, ho!
— Ależ rzecz naturalna. Często okoliczności życia tak się dziwnie złożą, że człowiek sam z trudem wielkim orjentuje się w tym labiryncie kolizji, jakie wciągają go w tłocznię życiowej widowni. Człowiek z wyższemi aspiracjami zawsze jest narażony na wielką mnogość różnych ewentualności.
— A bo nie? Ja na ten sposób to właśnie tak, jak pan mówi. Starałem się, jak mogłem. Ale byłem słabego zdrowia, bez znajomości i pieniędzy. A piniondz jak piniondz; bez niego ani ruchu, ani duchu. Robiłem, bo robiłem. Aż przyszła choroba, Idę do jednego doktora — zapisał krople. Nic nie pomaga. Idę do drugiego — zapisał pigułki. Znów nic. Idę do trzeciego. Ludzki był człowiek. Powiada tak: «mój kochany, to-