Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/24

Ta strona została uwierzytelniona.


I poczułem nagle, że go kocham.
— Panie — rzekłem — nie wiem, czy pan mnie zrozumie. Widzi pan: oto słońce spływa ciepłemi promieniami i natura budzi się do życia. A wraz z tym nowym życiem wkradła się do mego serca miłość. Jesienią możebym na pana nie zwrócił uwagi, ale teraz oto kocham pana. Cóż z tego, że masz niemiły wyraz twarzy; jeżeli jesteś pan głupi i zły, to nie twoja w tem wina. Daj mi dłoń swoją i opowiedz mi o swojej żonie i dziatkach, zwierz mi się z trosk swych i smutków.
— Ależ ja pana nie znam — rzekł nieznajomy, odsuwając się i chwytając za boczną kieszeń marynarki.
Dostrzegłem ten ruch nieufny, i gorycz zalała mą duszę.
— Ach — powiedziałem z wyrzutem — masz mnie pan za złodzieja kieszonkowego; tak mi odpłacasz za me szczere, z serca płynące wyrazy?
— Szczere, czy nie szczere, a ja z obcemi ludźmi nie wdaję się w poufałe gawędy.
Wstał i poszedł.
— Biedny! — pomyślałem i łzy stanęły mi w oczach...
Po chwili jakaś wiekowa dama zajęła miejsce obok mnie na ławce.
«Ta mnie zrozumie» — pomyślałem.