Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/248

Ta strona została uwierzytelniona.

klętej nie zaznałem już spokoju, a czoło moje bruzdami się głębokiemi pokryło.
Zaczęło się protegowanie mi pracowników.
Wszystkie osoby możne i wpływowe zaczęły polecać mi swoich kandydatów: jedni piśmiennie, inni ustnie, przez żony, krewnych, przyjaciół i znajomych.
Jedni przemawiali do mego serca, inni do rozumu, inni żądali, jeszcze inni grozili, prosili, nalegali, błagali.
W ciągu trzech dni znalazło się ośmiuset kandydatów na posady dyrektorów — z pensją 15000 rubli rocznie. Śród nich pięciuset ze złotej młodzieży, kuzynów, braci, bratanków i siostrzeńców hrabiów, baronów i książąt; dwustu krewnych warszawskiej plutokracji i stu protegowanych prasy.
Na wicedyrektorów stawiało swe kandydatury dwa tysięce srebrnej młodzieży.
Polecano mi sieroty, ludzi, ściganych przez los, niewinnie pokrzywdzonych, niewinnych bankrutów, pożartych przez lichwę byłych obywateli, neurasteników, wykolejeńców, zbłąkane owieczki.
Obiecywano poparcie mojego przedsiębiorstwa w razie zgody, bojkotowanie w razie odmowy.
— Ależ ja mam już listę fachowców, pracowników zdolnych — wołałem, targając włosy — ja nie mogę obsadzać odpowiedzialnych posad ludźmi,