Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/29

Ta strona została uwierzytelniona.


ciństwa? Gdyś była mała i czysta, gdyś tuliła białe czoło do ust swojej matki? Gdyś nie wiedziała, że są źli ludzie na świecie, że tyle brudu i krzywdy szerokim korytem niesie mętna fala życia? Oto budzi się w duszy twej echo odległych wspomnień i zapomnianych żalów.
— Pewnie, że się budzi — odparła smętnie — ale możeby mi pan tak fundnął kolaję, co?
— Przenigdy — odparłem mrocznie — czyż chcesz, bym smrodliwemi wyziewami garkuchni płoszył błękit mych wiosennych dumań? Przenigdy, jednak gotów ci jestem wybaczyć ten brutalny okrzyk, mącący niezamąconą jasność tych tonów, które wiosna na srebrnej strunie mej duszy wygrywa. O, biedna, upadła istoto, pogrążona...
— Na trajlowanie mnie pan nie weźmiesz, bom nie frajerka... Patrzajcie go...
Wstała oburzona, a odchodząc rzuciła mi w pożegnaniu jeden wyraz:
— Idjota.
I gorycz zalała mą duszę. I wiośnie posłałem wyrzut bolesny.
— O, wiosno, czemu kłamiesz?...
Aż oto usiadło na mej ławce dwoje dziewczątek. Uśmiech krasił im lica, rumieniec umajał wesołe twarzyczki. Rozmowa ich musiała