Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/64

Ta strona została uwierzytelniona.


znak, bym się wyprostował. Staję i patrzę, że wszyscy wokoło klęczą. Klękam. Cisza.
I nagle słyszę, jak syn mój wśród niczem niezamąconej ciszy, mówi zupełnie głośno:
— Tatusiu, ten pan podobny jest do Robinsona Kruzoe na obrazku w mojej książce.
Chwyciłem topór i z wściekłością rzuciłem się na malca, ale mnie powstrzymano.
Ktoby tam w snach szukał sensu?
— Bądź uważny. Teraz przynajmniej bądź uważny — proszę go — kupię ci wody z sokiem malinowym i zegarek.
— Z jedną kopertą czy z dwiema?
— Z dwiema.
— I łyżwy?
— I łyżwy.
— I chleb świętojański?
— I chleb świętojański...
Zdał.
Posadziłem chłopaka na wieży ratuszowej, woziłem go po całym mieście i wołałem:
— Zdał, zdał, zdał!
A ludzie rzucali czapki w górę i całowali mnie po rękach.
Ktoby tam w snach sensu szukał...
Aż oto dowiedziałem się, że jest dużo kandydatów.
W ręku miałem długi nóż, a przed sobą —