Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/66

Ta strona została uwierzytelniona.


są w stanie utrzymać w równowadze potwornie wielkiej głowy.
Idę obok niego i gałązką zganiam z jego twarzy gromady much, które ją obsiadły.
A za nami biegną ulicznicy i wołają:
— O, głupi idzie, głupi, głupi!
I przychodzimy do wrót wielkiego gmachu.
Padam na kolana przed możnym człowiekiem i wołam:
— Dajcie mu synekurę, synekurę, synekurę!
— Zajęte wszystkie — odpowiada możny człowiek.
— Synekurę mu dajcie, bo przecież widzicie, że on jest trochę osłabiony przez naukę.
A tam na dole, tłum wyje:
— Głupi, głupi, głupi.
A syn mój płacze.
A ja się budzę.
A czytelnicy niech przeczytają «Nego» Daniłowskiego, albo niech przeczytają, co chcą, albo niech nic nie czytają...


Janusz Korczak - Koszałki Opałki znak.png