Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/85

Ta strona została uwierzytelniona.


Zawołano go.
— Ale słuchaj no, przyjdź tu potem.
Patrzę... patrzę. Oczy szeroko otworzyłem. Ten sam kelner i basta.
— Słuchaj no, mój kochany — badam go dalej — a jak ty dawno po ślubie?
— Dziewięć lat.
— Aha... No, i powiadasz, że masz dzieci?
— A mam. Chłopak ma już sześć lat, dziewczyna cztery, no, i to, co będzie. A troje umarło.
— Acha... Więc troje umarło. No, a te, co żyją, to pewnie są kelnerami — co?
— Skąd znowu? Najprzód, że są jeszcze małe. A po drugie, to już wolę, żeby były czem chcą, tylko nie w tym obowiązku.
— Jakto «w tym obowiązku»? A czemże mają być?
— Albo ja wiem? Chłopak chętny do nauki...
— Do nauki — powiadasz?
— A tak. Już dobrze składa litery. Dobrego ma nauczyciela.
— Twój chłopak ma nauczyciela? Co też ty mówisz?
— Cztery złote groszy dwadzieścia na miesiąc mnie kosztuje.