Strona:Janusz Korczak - Pedagogika żartobliwa.djvu/12

Ta strona została uwierzytelniona.


sam, zdezelowany. — Teraz zaciszny dworek wiejski, — pensjonat, — mleczko zsiadłe, książka, jajko prosto od krowy na miękko.
Pragnę, też pragnę w góry. — Na przyszły rok? — Kupiłem dwa tomy mineralogii, żeby się przygotować. — Geologia, — nie narty. Skały, granity, formacje, monolity... Nie narty. — Bo co?
Nawet młodzi też. — Sporty:
Idę do nich w zimie (do znajomych) w odwiedziny. Dzwonię. Służąca otwiera drzwi. — „Zastałem pana?“ — „Nie: jest w szpitalu chirurgii urazowej, bo samochód zarzucił“. — „A pani jest?“ — „Nie wróciła jeszcze, — leży w górach, — nogę złamała“. — „A dziecko?“ — „Poszedł z boną do doktora, zwichnął na saneczkach staw żebrowy“.
Zapewne. Nęcą góry i wołają. Chciałoby się porozmawiać z kamykami, bo nie umiem z ludźmi. — Nie, żebym miał nie chcieć, ale jakiś defekt wrodzony.
Bo na przykład trzy lata temu w pensjonacie. Postanowiłem od zaraz pierwszego dnia nawiązać życzliwe kontakty. — Wychodzę na werandę. — Uśmiecham się uprzejmie, przedstawiam się — tak i tak — i mówię: „ładną mamy pogodę“. — A ona: „Proszę głośniej“. — Więc ja drugi raz — głośniej: „ładną mamy pogodę“. — A ona prosi jeszcze głośniej. — Niezręcznie jakoś trzy razy powtarzać, że — oczywiście, — pogoda. — Zapewne, drobiazg, — ale speszyło na samym wstępie. — — — A potem mówią, że odludek.