Strona:Janusz Korczak - Pedagogika żartobliwa.djvu/13

Ta strona została uwierzytelniona.


No, dobrze. — Więc dwa lata temu też w pensjonacie, jestem już ostrożniejszy. — Wychodzę dopiero na śniadanie. Ale sąsiadce przy stole spadła na ziemię łyżeczka. — Nachylam się szybko uprzejmie pod stół, podnoszę; ale stuknąłem głową w tacę Marysi, a dziewczyna widocznie niezwyczajna z tacą, więc — gibnęły się filiżanki z kawą ze śmietanką, — i sąsiadka syknęła: „niepotrzebnie się pan fatygował“. — I pobiegła zmienić białą sukienkę. — Też drobiazg, ale zniechęciło. — Bo nie moja wina, a niby niedołęga.
W zeszłym roku jeszcze mniej pochopny. — Ale przed wieczorem już same mnie zagadnęły, — pani i młoda panienka. — (Kawy nie ma, obie słyszą). — „Pogodne będzie lato, wieś nie to, co miasto“. — I pytam się, — licho skusiło, — pytam się z miłym uśmiechem tej starszej: „czy to — pani córeczka?“ — No! — Ona oczy zmrużyła, — wiatr północny — i: „czy ja wyglądam na matkę takiej dorosłej panny?“
I zaraz nazajutrz siedzę na ławeczce z córeczką mecenasowej (rozgarnięta, rozmowna dziewczynka), pokazuje ona tę panią z daleka paluszkiem i mówi: „o, — ta pani, co tam idzie, — powiedziała na pana, ale ja nie powtórzę. Bo u nas, — chłopcy ulepili też ze śniegu — bałwana. Pan kierownik pochwalił, że ładny. Udał się bałwan...“
Więc teraz tu — wybrałem pokoik na uboczu. Chociaż gospodyni odradzała, że ponury; że sło-