Strona:Janusz Korczak - Pedagogika żartobliwa.djvu/67

Ta strona została uwierzytelniona.


albo za cicho, — nie zrozumiałeś, nie dosłyszałeś, tylko domyślasz się. Życie zgaduje się, ot.
Może nawet lepiej. Bo lato bez ani razu ani jednej burzy byłoby jakieś niedosolone, jałowe. Jak powrót z zagranicy bez „przykrości“ na komorze celnej, jak ulgowa wycieczka bez walki o miejsce w wagonie, jak święcone jarskie, mecz bez oklasków i okrzyków.
Muszą być zdarzenia, żeby w zimie wspomnienia. — „Uuuch, zmokliśmy, woda ciurkiem“. — Albo: „mało się nie utopił“. — Albo: „o włos od pożaru“. Co to za las, w którym nikt nie zabłądzi? — Co za taki mizerny pensjonat, gdzie nikt z nikim nie pożarł się na amen, i posiłki osobno w pokoju, albo zgoła wyjechał. — Albo letnie mieszkanie, — nuda, — gdy zgoda i harmonia. — Też...
Dlatego właśnie powieść moja nieciekawa, że bez nadzwyczajnych wypadków. Są ludzie, którzy umieją ciekawie. — Jeden był na wojnie. Nie wie nawet, jak go postrzelili. A drugi tak:
— Ja rwę naprzód, a kule — bzz, bzz, — potem: pac — brrr — trrrach; więc padam, a trawa zagazowana; więc ja maskę, a tu samolot, bomba, iperyt: wrr, — bac, — bac, — z prawej strony o dwa kroki, z lewej krok, trzecia bomba pod nogi (ale nie wybuchła szczęśliwie). Zrywam się — hop, — dwie nieprzyjacielskie armaty za pysk, i prowadzę. I nic: tylko drasnęło.
Wierzysz, nie wierzysz, ale słuchasz.
Albo polowanie: