Strona:Janusz Korczak - Pedagogika żartobliwa.djvu/68

Ta strona została uwierzytelniona.


— Rozjuszony dzik, — tup tup, — dudni, — łamie gałęzie, — trzask, — ja za krzak, — prosto na mnie, — ogień z ryja, — zapach siarki — a ja celnie opanowany w oko. I leży, ogonem grzebie, — kopytami — trup.
Było, nie było, — słuchasz. — A ja co?
Pamiętam: raz na kolonii. Też dni bezchmurne, — cicho, gładko, — chłopcy w dzień złote słońce, wieczory gwiaździste. — Tu las, — tu moje chłopaki, a tam marchew. — Właśnie. — Skarga, że marchew — właśnie — zjedli. A no tak: śledztwo. — Kto? — Kto pierwszy, — kto jeszcze, — kto z kim, kiedy, kto ile? — Wstyd! — Zapisałem; nawymyślałem, że ochrona przyrody, bo i gałęzie też, kultura i złodziejstwo. — Skończyłem, idę do śmietnika: że za blisko kuchni, więc muchy i sanitarna komisja, więc trzeba zarazę zasypać i dalej wykopać. — Ale już w drodze do tego śmietnika widzę, że za mną chłopak osowiały, nieswój jakiś. — Więc pytam go się: „sknociłeś“. — Uśmiechnął się blado. — Mówię: „niewiele ma człowiek w życiu wakacji i radości, — idź się bawić“. — A on za mną. — Powiadam: „do kuchni nie wolno“. A on: „chcę panu powiedzieć“. — „Nie teraz, jutro mi powiesz“. Chce zaraz. — „Nie mam czasu“. — „To krótkie, bo — że i ja, — ja też marchew rwałem“. — „I zjadłeś?“ — „Zjadłem“. — „Marchew?“ — „Marchew“ (Chciałem go się zapytać, dlaczego nie przyznał się od razu, ale po co?). Więc wyjmuję z kieszeni blok śledczy, ołówek urzędowy i pytam się tonem urzędowym: „ile?“ — A on

64