Strona:Janusz Korczak - Pedagogika żartobliwa.djvu/94

Ta strona została uwierzytelniona.


jęła bez bólu. Ja — aseptyka, penseta, ból, nożyczki, chirurgia; a żona ogrodnika — żyletka, agrafka, zęby i bez bólu. — Jakże potem nie sceptyk?
Albo oko: radosna tajemnica. — Bo pomyśleć tylko, — patyki, klipy, proce, gumki, stalki, szpice, — wojny, szyszki, cyrkle, kamienie, — nad okiem, pod okiem, obok. — Połowa ludzkości winna być oślepiona. — A dzieci rosną, widzą, mają oczy, żyją. — Żyją — i to jak — proszę; widzą, — ich bujne pomysły (nie wiesz dnia ani godziny).
Założył się, że skoczy (skiknie) z pierwszego piętra na asfalt podwórka. Skiknął (bo musi wygrać). No i nie złamał, i uwięźnięta kiszka sama wlazła z powrotem w gorącej kąpieli, więc nawet bez operacji.
Albo założył się, że zdąży przebiec przed tramwajem. — Nie zdążył. — Ale motorniczy w ostatnim momencie hamuje i tylko teczkę z książkami przejechał. — A posterunkowy przyprowadził wystraszonego. — Kto odpowiada? — Ja. — Komu grozi protokółem za niedozór? — Mnie. — Bo ja — kierownik zakładu, więc odpowiadam.
Albo spadł z drzewa, ten setny i pierwszy. Zemdlał, zwymiotował. Już nawet nie targował się: zaniosłem go do łóżka. — A wieczorem wylazł przez okno.
Albo założył się, że przejdzie przez bagno do wysepki. Jeżeli nie utopi się, wygrał, jeżeli nie uda się, przegra. A tam utopiła się podobno nawet krowa. No i udało się, — wrócił gagatek czarny, jak nieszczęście, wytetłany, jak półtora i trochę.