Strona:Jarema.djvu/126

Ta strona została przepisana.

Hrehory wyjrzał przez okno za nim i widział, że prostą drogą do dworu.
— Coś z tego będzie, — rzekł do towarzyszy.
— Bezemnie dziadowizny nie wydrzem — mruknął prawnik, mrugając do przyjaciela o troistym nosie.
A w téj chwili zagrzmiało strasznie nad kárczmą, aż stary Icek omal się nie przeżegnał. Błyskawica oświeciła pola, przez które przedzierał się jakiś cień czarny.