Strona:Jarema.djvu/183

Ta strona została przepisana.

nawet było wierzyć świadectwu ojca, jakoby ten człowiek był tak wielkim grzesznikiem, warchołem, jak go ten w liście swoim przedstawiał. Wprawdzie wiele można położyć na karb dzikich namiętności, gdy takowe nie są moderowane uczuciem religijném, ale gdzie to uczucie w całéj pełni było, tam trudno było przypuścić takich grzechów i wykroczeń. o jakie marnotrawnego syna posądzano.
Zdaje się jednak, że mimo to wszystko nie widziano w nowym dworzaninie tak łagodnego baranka, za jakiego z pozoru miećby go można. Nietylko wojewoda, ale nawet i ks. Tymoteusz patrzył na niego z pewną przezornością — nie mówiąc już o saméj wojewodzinie, która, jak troskliwa kokosza głosem trwogi ostrzegała swoje pisklęta, gdy jéj się zdawało, że jastrząb w obłokach krąży.
Tak stały rzeczy przez czas niejaki, i nikt się nawet nie domyślał, że po za tą pozorną ciszą odbywają się sprawy, które z natury swojéj wystrzegaią się dnia białego. A sprawy to były dwojakiego rodzaju. Jedne dążyły do złego, a drugie starały się cichaczem temu złemu zapobiedz. Dwór więc wojewody podobny był teraz do wielkiego państwa, w którém żywioły nieczyste pracują nad rozprzężeniem, a dodatnie walczą z pierwszemi cicho i niewidomie.
Za kilka miesięcy wyszło coś na jaw, o czém dawniéj nawet nikt nie pomyślał.
Najprzód pewnéj ciemméj nocy widział ogrodniczek, jak jeden z dworzan w sadzie, na który wychodziły okna fraucymeru, wdrapał się na wysoką gruszę i tam dosyć długo, pomimo niewygodnej pozycyi, wpatrywał się w jedno okno, które nie było przysłonione.