Strona:Jarema.djvu/188

Ta strona została przepisana.

Otworzył nawet żupan na piersiach, zkąd widocznie jakaś gęsta para buchała. Wiatr rozwiewał jego długie włosy, a w dalekiéj dziupli drzewa odzywał się złowrogi puszczyk, jakby ludziom chciał co złego zwiastować.
Widać jednak, że Krzysztof nie mógł się ochłodzić, kroki jego były coraz szybsze, coraz bardziej niespokojne. Wreszcie przystąpił do okna panny Doroty.
Dorota właśnie co przeszła do swojéj izdebki i świecę zaświeciła.
— Zgaś świecę! rzekł przytłumionym głosem pan Krzysztof.
Dorota zgasiła świecę i przystąpiła do okna, jak to zwykła była czynić, gdy Krzysztof chciał z nią rozmawiać.
— Doroto — rzekł ponuro Krzysztof — dłużéj tych katuszy nie wytrzymam! Albo muszę miéć twoję wzajemność, albo... tém oto żelazem przybiję sobie pierś na wylot, aby więcéj nie cierpieć!
Dorota załkała płaczem, bo w téj chwili z fałdów żupana wydobył Krzysztof lśniący puginał włoski, który zawsze nosił przy sobie.
— Przebóg! — zawołała, wychylając się przez okno i białą rączką chwytając za żelazo — przebóg. Krzysztofie, nie czyń tego! Zaklinam cię na pięć bolesnych ran Zbawiciela!
Krzysztof z razu drgnął na wspomnienie pięciu ran Zbawiciela, ale widać, że dzika namiętność górę wzięła nad skuteczném ongi lekarstwem. Oczy jego zapłonęły jeszcze większym ogniem. Kurczowo ścisnął rękę Doroty.