Strona:Jarema.djvu/27

Ta strona została przepisana.

Taki był pierwszy poranek tego nowego epizodu w życiu Jaremy. Nastąpił drugi, trzeci i dziesiąty, a nic szczególnego nie zaszło.
Jarema pełnił rozkazy drugich, a wszystko, co żyło w piekarni, rozkazywało mu. I powoli przyzwyczajał się do dworskich, a dworscy do niego, i byłby może na zawsze utonął w fali czasu i historyi świata, jako sługa kredensowy, gdyby okazana już w pierwszym rozdziale skłonność do jasnowłosej Nastusi nie była go wplątała w szereg szczególnych sytuacyj.
Zaraz w niedzielę po nieszporach stała się ważna zmiana w jego życiu. O tym czasie zwykli byli wieśniacy tłumnie zgromadzać się w karczmie u rudego Icka i zabawiać się rozmową przy kieliszku. Młódź zaś, która nie miała przystępu do karczmy, roiła się w około cmentarza i wyprawiała figle z dziewczętami.
Za pośrednictwem córki dziedzica, która wielce sprzyjała Jaremie mimo kradzieży kanarka, pozwolono mu pójść na tę poobiednią zabawę. Spodziewał się tam zastać Nastusię, a chociaż dzisiejszy ubiór niewiele obiecywał mu nadziei, jednak serce koniecznie go do niej ciągnęło. Do tego jeszcze dodawała mu otuchy myśl, że Szymek w takim samym mundurze miał szczególne u dziewcząt powodzenie, które na muzyce lgnęły do niego, jak muchy do miodu. Nie wiedział jednak, iż dla Szymka była liberya, jakby stworzona; umiał bowiem z taką fantazyą stawiać nogi w kamaszach i tak zgrabnie w obertasie podrygiwać, że każda z ukosa zerkała na niego i rada była choć słówko, choć jeden uśmiech od niego dostać. A Jarema tymczasem wyglądał w sutéj liberji, jak wół w złotéj karecie.