Strona:Jarema.djvu/47

Ta strona została przepisana.

jest: dziedzic wybierał od niego podatki, pełnił służbę policyjną, łapał i do kryminału oddawał złoczyńców, wypędzał podwody, kwaterował wojsko, odstawiał rekrutów i egzekwował, co rząd postanowił. Za te przywileje ponosił dziedzic niektóre ciężary, tyczące się, kościoła i oświaty publicznéj.
Dziedzic jednak musiał dla tak uprzywilejowanego stanowiska posiadać pewne kwalifikacye, a jeśli któremu tych kwalifikacyi brakowało, to mógł kazać się zastąpić przez pewne indywiduum, które w poczuciu godności swojéj nazwało się „sędzią,“ albo poetyczniéj „reprezentantem dominialnym,“ vulgo zaś znaném było pod nazwą „mandataryusza.“
Aby się stać godnym tego tytułu i chleba, potrzeba było skończyć kilka klas elementarnych, być jakiś czas pisarzem dominialnym, a w upatrzonéj porze przejechać się do miasta obwodowego i tam w urzędzie zdać egzamen z potrzebnych do przyszłego stanowiska wiadomości. Gdy ten egzamen nienajgorzej wypadł, a indywiduum prócz tego nie miało żadnych nielojalnych zarzutów przeciw sobie, odbierano od niego rodzaj przyrzeczenia, czy przysięgi urzędowej, że w myśl rządu i ustaw krajowych pełnić będzie swoje obowiązki. Po tym obrzędzie dawano mu do rąk duży arkusz, z dużą cyrkularną pieczęcią, która wobec dziedziców służyła mu za kredytywę ze strony rządu wystawioną.
Z tym jednak arkuszem w ręku był tak zwany „egzaminowany mandataryusz” nader biedném stworzeniem. Był bez chleba i musiał dopiero wyglądać miłosierdzia bożego. Zazwyczaj około św. Jana wyjeżdżał budką żydowską do Lwowaai starał się z Żyd-