Strona:Jarema.djvu/50

Ta strona została przepisana.

Z tego wnosiła każda gromada, że mandataryusz jest sługą dziedzica, tak, jak ekonom, i że wszystko, co robi, robi za rozkazem dziedzica. W tém przekonaniu utrzymywało ją jeszcze błędne mniemanie, że gromada zostaje pod bezwzględną opieką rządu, przeciw któréj dziedzic z mandataryuszem intrygują.
Taki przywiléj nie mógł dobrych wydać owoców. Już założony był z góry rozdział między gromadą a dziedzicem i postawił ich z czasem przeciw sobie, jak dwa nieprzyjazne żywioły.
Do rozkrzewiania rzuconego ziarna przyczyniły się także słabości ludzkie. Dwulicowa pozycya mandataryusza była nader trudna. Był on niby reprezentem władzy rządowéj i reprezentantem przywilejów dziedzica. Ztamtąd miał arkusz z pieczęcią, od tego zaś guldeny, żyto, pomieszkanie i opał. Potrzeba było nadzwyczajnéj przebiegłości, aby jedno i drugie dłuższy czas utrzymać. A ze cyrkuł był daléj od dworu, też trzeba było więcéj oglądać się na dwór; potrzeba było zadość czynić wszelkim chwilowym wybrykom dziedzica, nawet i w najsłabszych jego chwilach we wszystkiém mu dogadzać, a często życzenia jego uprzedzać. Że to wszystko pisało się na grzbiecie gromady, o tém dosyć napomknąć, a że to wszystko działo się nawet bez wiedzy dziedzica, najczęściéj w osobistym interesie mandataryusza, tego dowodzić nie potrzebujemy, jeżeli zważymy na różne słabostki ludzkie z czysto psychologicznego stanowiska. Wykonawstwo takiéj, żadną kontrolą nieograniczonéj władzy, miało zanadto wiele pokusy, tak, że się jéj oprzéć było niepodobna.
Ztąd wiele żródeł otwierało się tutaj korzyściom