Strona:Jarema.djvu/56

Ta strona została przepisana.

W téj czarnéj melancholji pogrążony, poczuł, że szturchnął go ktoś w bok i za kabat pociągnął.
— Jarema Mordkerl! Jarema! Jak on wygląda w tym kabacie! — zawołal amtsdiner Huber.
Biedny Jarema ucieszył się, jakby Pana Boga za nogi złapał. Przecież znalazł choć jednę duszę poczciwą, przed którą mógł się poskarżyć i serce swoje otworzyć.
— Jarema — mówił daléj amtsdiner — jabym cię zaprowadził do mojéj cymry,[1] ale to być nie może. Żona moja zła, jak osa. Ona by ci ten kabat pomyjami oblała.
— No, to pogadajmy tak, panie Huber, — odparł pokornie Jarema.
— Ba, tak nie idzie. tu na ulicy... Czy masz pieniądze? — zapytał po chwili Huber.
— Mam talara z Matką Bozką odpowiedział Jarema. — No to dobrze, pójdziemy do katolika na szklankę piwa — zakonkludował Huber.
Był to ten sam talar, który mu w sieni wcisnęła do ręki panna Zofia.
W kilka chwil siedzieli obaj za długim stołem w szynku, a dwie ogromne szklenice piwa stały przed nimi. Huber wypytywał Jaremy, jakim sposobem dostał się do kamaszów? i słuchał go z należytą uwagą, a gdy rekrut skończył. Huber pociągnął potężny haust ze szklenicy i rzekł:

— Dziękuj Bogu, że się tak stało. Chleb żoł-

  1. Pokoju.