Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 2.djvu/109

Ta strona została przepisana.

Spanikowany opuszcza tapczan i w pyjamie z czarnego jedwabiu /podarunek Moniki przywieziony w ubiegłym roku z Festiwalu Filmowego w Cannes/, zapalając po drodze wszystkie światła, biegnie do łazienki. Lecz jego ulga, gdy widzi w lustrze, że na razie twarz ma w porządku, jest połowiczna, ból, zapewne pobudzony nazbyt gwałtownymi ruchami, nagle się nasila i znakomity aktor, skoro kilkakrotnie, jak duża ryba pozbawiona wody, otwiera i zamyka usta, spostrzega, że przy każdym ruchu rwący ból przenika aż do warg. Zaprzestaje więc ryzykownych prób, lekko zmętniałymi, bo załzawionymi oczami bada z rosnącym niepokojem swoje odbicie w lustrze, koniuszki uszu ma wyraźnie zaczerwienione. Wreszcie się decyduje i wprost do lustra, zrazu na przytłumionym szepcie mówi fragment swojej roli:

Jak na pachołka bogów nazbyt dumnie mówisz.
Skąd w tobie ta wyniosłość, dostojność i pycha?
Nowi panowie — nową cieszcie się władzą,
mniemając, że bezpiecznie rządzicie z Olimpu.
A ja przecież widziałem, jak z owej wyżyny
dwóch mocarzy runęło...

Niestety, końcowa kwestia, wypowiedziana pełnym głosem, potęguje ból i twarz, jaką Konrad widzi w tej chwili w lustrze nie ma nic z boskiej wielkości Prometeusza. Tego nie było w zaginionym tekście, lecz wydaje mi się, że w tym momencie Konrad, zupełnie załamany, powinien przysiąść na sedesie i wtedy właśnie może sobie wyobrazi jutrzejszą próbę generalną: siebie półnagiego i przykutego do skały, z twarzą wykrzywioną cierpiętniczym grymasem, niewyraźnie bełkocącego tekst, i naprzeciw — bezwstydnie i prowokacyjnie urodziwego Hermesa, jak suwerenny w młodzieńczej nagości, z jedną dłonią wspartą na biodrze, a drugą, w sposób bezbłędnie niedbały i płynny poruszając złocistym kaduceuszem mówi swoją kwestię pełnym, jasnym głosem:

Biedny Prometeuszu, nie umiesz się zmieniać,
chociaż zuchwały upór pogrążył cię w nędzy.

Niewykluczone, że Keller będzie słyszeć i dalsze kwestie tego dialogu, oczywiście wyraźniej słysząc głos Łukasza Halickiego:

Prometeusz
W mojej nędzy śpi wolność, miałbym ją zamienić
na twój los niewolnika butnego tyrana?
Hermes
Sądzisz, Prometeuszu, że niewolnik skały
jest kimś lepszym niż zwiastun boskiego przesłania?
Prometeusz
Mój wstręt do wszystkich bogów jest równy ich pysze.
Hermes
Ciało twe poskromione, ale dusza chora.

Myśl o doraźnej uldze /a ulga, to także sen/, jaką mogłoby spowodować zażycie proszka uśmierzającego, chyba już w łazience powinna się pojawić, gdzieś na peryferiach świadomości Konrada. Lecz podobnego podszeptu, równającego się brutalnemu gwałtowi na własnej naturze, Konrad nie może przyjąć bez oporu. Więc w ostrożnym przepłukaniu obolałej jamy ustnej zimną wodą spod kranu szuka wsparcia dla swojej odrazy do lekarstw. Niestety, zarówno woda zimna, jak gorąca okazują się nieprzydatne. Tak więc, wobec koszmarnej perspektywy bezsennej nocy /bo nie wcześniej niż przed ósmą rano będzie się mógł skomunikować z dentystką/, uśmierzający