Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 2.djvu/12

Ta strona została przepisana.

Z wyjątkiem niedziel oraz świąt gospodyni Nagórskiego, pani Jaskólska przychodziła za kwadrans ósma. Jest punktualna /ma własne klucze od mieszkania/ i o ósmej śniadanie dla Nagórskiego /woda mineralna, mocna herbata oraz dwa kawałki bułki z miodem, z których zazwyczaj rezygnuje, jeśli poprzedniego wieczora pił/ jest gotowe. Na śniadanie Nagórski przechodzi prawie zawsze do kuchni. Część okien dwupokojowego mieszkania Nagórskiego w najbliższym sąsiedztwie Rynku Nowomiejskiego wychodzi na zaciszny dziedziniec /okna sypialni oraz kuchni/, natomiast z dużego pokoju /od strony ulicy Starej/, w którym Nagórski pracuje, roztacza się rozległy widok na Wisłę i na praski brzeg. Kiedy nocowała Nike, Nagórski, który zawsze się budził pierwszy, śniadanie jadał w kuchni, a później sam zanosił do sypialni śniadanie dla Nike, nieporównanie obfitsze od własnego, czuła się bowiem po przebudzeniu wygłodniała — — — — — — —
Po śniadaniu, gdy Nagórski szedł do łazienki, pani Jaskólska sprzątała gabinet, potem resztę mieszkania, następnie wychodziła na zakupy /ze względu na wciąż występujące trudności aprowizacyjne zakupy te zabierają zwykle czasu do dwóch godzin/, a po powrocie przygotowywała obiad na drugą i za kwadrans trzecia kończyła swoje zajęcia, pozostawiając zazwyczaj zimną kolację w lodówce /rzadko się zresztą zdarza, aby Nagórski jadał wieczorny posiłek w domu/ — — — — — —
Pani Jaskólska lubiła Nike, która, jeśli chciała, potrafiła zjednywać sobie ludzi, poza tym kłopoty, jakie pani Jaskólska ma z wnukiem, usposabiają ją życzliwie do wszelkich komplikacji młodzieńczych — — — — — — —

Przy śniadaniu Nagórski omawia ostatnie szczegóły jutrzejszego obiadu, na którym po ślubie cywilnym mają być: oboje państwo młodzi. Halina Ferens-Czaplicka, Eryk Wanert, oraz matka Adama; matka Haliny, Emilia Czaplicka, wymówiła się od tej rodzinnej uroczystości. Podstawowy kłopot z daniem mięsnym został już przed paroma dniami pomyślnie rozwiązany, pani Jaskólskiej udało się kupić w Jeziornej ogromnego, sześciokilowego indyka, któremu teraz za oknem doskonale służy gwałtowny nawrót zimy.
Nagórski:
— A co było na pani weselu, pani Urszulo?
— Na moim? A, czy ja pamiętam? Tyle lat! Ale wszystkiego było w bród, trzy dni, proszę pana, trwała zabawa, cała Jeziorna się bawiła, nawet pani hrabina Potulicka z Obór była z synami parę godzin, mój mąż, pan wie, jak był młodym chłopakiem praktykował u ogrodnika w Oborach, to były czasy!
— Myśmy byli młodzi, pani Urszulo.
— Pewnie, że młodzi. Ale mój Wiesiek, proszę pana, też jest młody i co ma z tej młodości?
— Wciąż chuligani?
— To jego wina, proszę pana, że taki jest, jak jest? Chłopak bez ojca, to jak dziczka przy rowie, mąż zawsze mówił, że o dziecko jak o drzewo trzeba dbać, żeby nie zdziczało i dobrze rosło i obradzało.
— Ja też, pani Urszulo, ojca prawie jakbym nie miał, był bardzo stary, miałem dziesięć lat, kiedy umarł.
— O, pan to co innego!
— Myśli pani?
— Pewnie, pan pisze książki, to panu wszystko uchodzi — —