Strona:Jerzy Bandrowski - Na polskiej fali.djvu/47

Ta strona została przepisana.

było poznać, iż rozszerzyły je tak nadmiernie wiosła. Co mnie uderzyło, to że wszyscy mieli czyste, pogodne, błękitne oczy, koloru wody morskiej.
— Byłeś już kiedy na morzu? — zapytał mnie jeden z nich.
— Nie, proszę pana.
— A nie boisz się morskiej choroby?
— Nie, proszę pana.
— To dobrze. Powiemy — co ma być, to będzie, jak komu od Boga przeznaczone, ale bać się nie trzeba, bo to nic nie pomoże.
Mówił głosem bardzo donośnym, wysokim, tonem kaznodziejskim. Musiał być już człowiekiem starszym, bo był zupełnie siwy i przygarbiony, ale trzymał się doskonale, ruchy miał zwinne i zręczne, zęby białe i młody wyraz twarzy, pociągłej, o suchych, ostrych, jakby orlich rysach. Nie siedział, lecz stał, oparty jedną nogą o przód łodzi i gdy nie rozmawiał ze mną, patrzył bystro przed siebie, naprzód pochylony. W lewem uchu miał złoty kolczyk.
Wjechaliśmy między pale.
Kiedyśmy się do nich zbliżali, stary rybak zwrócił się ku mnie i zapytał:
— Jak się nazywasz?
— Jan Morski — odpowiedziałem.
— Morski! — powtórzył jakby z podziwem i uznaniem — Ladne miono, Morski, osobliwie! A ja nazywam się Dawid a miono mam Dlugi. I u nas zwyczaj jest taki: Do młodego mówi się „ty“, choćby to był królewski syn, a do starszego „wy“. Teraz Janku, uważaj, jak będziemy jarnować wangorze, powiemy, żebyś to potem mógł opowiedzieć kolegom.
— A co to znaczy — jarnować? — zapytałem.
Dawid Długi spojrzał na mnie z pewnem politowaniem.
— Doch... wybierać wangorze z żaków!
Czółno wjechało w ogrodzenie i zatrzymało się. Plusnęła wrzucona w morze kotwica. Dawid stanął u burty czółna i chwyciwszy się jakiegoś pala, zaczął się z nim mocować, póki go nie wyrwał, poczem wyciągnął z wo-