Strona:Jerzy Bandrowski - Na polskiej fali.djvu/87

Ta strona została przepisana.
XV.
Sprowadzam się do Dawida Długiego. Rybackie wyekwipowanie.

Jak tylko się po wyjeździe pani Zielińskiej z dziećmi opróżnił mój pokój u Dawida, natychmiast się do niego przeniosłem. Wkrótce potem przyszła część moich rzeczy, z czego się bardzo ucieszyłem, oraz pensja miesięczna, do której pan Zieliński dołączył kilkadziesiąt złotych. Z tem, co jeszcze miałem, stanowiło to, jak na mnie, wcale pokaźną sumkę.
Z przeniesieniem rzeczy był kłopot niemały i Dawid musiał zaprzęgać krowę i zajechać po nie na stację. Wielki kufer oraz niemniejszy kosz widocznie mu zaimponował, co mnie wprawiło w dumę. Głupi byłem, bo im więcej rzeczy człowiek potrzebuje, tem mniej ma się czem chełpić, albowiem wówczas nie on panuje nad swemi sprzętami, ale sprzęty nad nim. Bądź co bądź mój „wjazd we wrota“ Dawidowego domu odbył się triumfalnie. Ale kufer był tak wielki, że dopiero po wielu kunsztownych wysiłkach udało nam się wywindować go nagórę.
Teraz dopiero byłem w domu! Zaścieliłem łóżko własną pościelą z panieńskiemi jeszcze monogramami matki, nakryłem stół spłowiałą ale kochaną serwetą z rodzicielskiego domu, rozwiesiłem w szafie ubrania, kożuch i kurtki, na szafie ułożyłem książki, nad łóżkiem powiesiłem karabinek z torbą myśliwską i wogóle urządziłem się jak mogłem najlepiej i najwygodniej. Nadzwyczaj ucieszyłem