Strona:Jerzy Bandrowski - Osaczona i inne nowele.djvu/105

Ta strona została przepisana.

uprzejmie zwracając się do niej i prawie że słodko zaglądając w oczy, prawił jej grzeczności.
Śnieżko czuł się w towarzystwie pań prawie szczęśliwym. W ich sposobie mówienia i myślenia był jakiś blask, właściwy ludziom, którzy, wolni od ciężkich, życiowych trudów, nie znają nic, prócz piękna i harmonii. Próbował zapatrywać się na nie krytycznie, nazywał je „kwiatami cieplarnianemi“, jednak nie dało się zaprzeczyć, że obie panie były przedewszystkiem piękne. Egzotycznym kwiatom nie można brać za złe ich egzotyczności. Ich łagodny a do najmniejszych szczegółów wykończony sybarytyzm duchowy odurzał go, jak słodkie, stare wino, sugerując jego wrażliwej duszy przesłanki, do jakich sam nigdyby nie doszedł, rodził w nim rozkoszne uczucia niesłychanie słodkiej harmonii, jakiej może nie było nawet w duszach obu pań. W ich towarzystwie Śnieżko wyzwalał się z pod przygniatającego go ucisku szarzyzny dnia powszedniego i stawał się poetą, „rozciągającym na cały świat złotą sieć swych marzeń“. Było to jego rozkoszną a niewinną tajemnicą.
I oto teraz idzie ścieżką pomiędzy szerokiemi trawnikami, przysłuchując się rozmowie tych dwóch pięknych kobiet. Daleko, na końcu ogrodu, widać wysoką, czarną ścianę żywopłotu, ku któremu biegną ciche szpalery drzew owocowych. W warzywnym ogrodzie widać pstre spódnice pracujących dziewek. Któraś z nich piskliwym, ostrym głosem