Strona:Jerzy Bandrowski - Przez jasne wrota.djvu/14

Ta strona została uwierzytelniona.
8

gdzieś w odleglejszych ulicach, a zwłaszcza w dzielnicy lampek różnobarwnych, na „Karpatach“, na cudzoziemskich żołnierzy napadano. Bójki, bitki i zabójstwa były na porządku dziennym.
Głównem miejscem rozrywki szlachetnych Wikingów nowożytnych było jakieś „Varieté“, nie wiem już, „Apollo“, czy „Aquarium“, niedaleko Świetlańskiej, tuż przy najsłynniejszej restauracji, zwanej „Złoty Róg“. W owym „Złotym Rogu“ schodziła się śmietanka ówczesnego towarzystwa — sztabowcy i żandarmi wszystkich możliwych nacyj, członkowie różnych ciał dyplomatycznych, a tu i owdzie widać było kucające na fotelach damy chińskie lub kudłatych, ponurych i zdziczałych oficerów Siemionowa, grasującego w Mandżurji i Kałmykowa z nad Amuru. Stąd, najadłszy się istotnie obficie a tanio i nasłuchawszy się powtarzającej się bezustannie „It is long the way to Tipperary“, towarzystwo przenosiło się do wspomnianego już a niedalekiego szantanu na rzekomą „czarną kawę“. Oczywiście, piło się koniak i wino. Tam było zawsze pełno i piekielnie wesoło a „szczerze“. Skromni Anglicy zachowywali się najzupełniej nieprzyzwoicie podczas przyzwoitych numerów programu, zresztą nudnych — zato wszyscy Anglo-Sasi wyli z radości, kiedy jakaś dama zaczynała sobie zanadto na scenie pozwalać. Przypominam sobie jakąś większą orgję w dzień zawarcia rozejmu z Niemcami — bo wieść o tem tam nas zaskoczyła. Żołnierze angielscy i amerykańscy powłazili z nogami na poręcze lóż, wyli jak wyjcy i wyprawiali niesłychane awantury, ale pod koniec przedstawienia wybrali delegację i wysłali ją do siedzących przy stolikach oficerów. Delegaci przychodzili, kłaniali się i z uprzejmym uśmiechem na ogolonych, czerwonych,