Strona:Jerzy Bandrowski - Siła serca.djvu/39

Ta strona została uwierzytelniona.

bionym jego przyrządem był giętki, stalowy, wysoko nad ziemią umieszczony rek amerykański. Kiedy stojąc pod nim i nacierając ręce pudrem, wysoki, smukły i cienki w pasie, z głową zadartą do góry mierzył wysokość skoku do lśniącego pręta, Kasia wiedziała, że po chwili zacznie bujać w powietrzu. I istotnie, ciało jego jak gdyby nie miało żadnej wagi, po kilku giętkich, wahadłowych ruchach nagle wylatywało w powietrze, kręcąc się dokoła drążka jak chorągiewka. W locie Marjan, skupiony i poważny, zmieniał chwyt, naraz stopami opierał się o drążek lub też, chwyciwszy się go jedną nogą i jedną ręką, puszczał się w lot, robiąc ulubioną sobie figurę, zwaną „orłem“. Gimnastykiem był świetnym, miał rzadką harmonję ruchów, pewność, spokój i dokładność.
Z jego graniem działo się też coś dziwnego. Miał utwory, których nigdy nie mógł wygrać, ale o tych teraz śmiało mówił, że nie trafiają mu do przekonania. I umiał też powiedzieć, dlaczego. Zaś inne zabarwiały się i zarysowywały pod jego palcami coraz jaśniej, wyraziściej i mądrzej. Odgadywał ich dusze i jego pozornie twarde, nieugięte palce wyciągały ją z kompozycji, bladoróżową, srebrzyście świecącą, jedwabną i drżącą w jego rękach. Nie męczył się, nie odgadywał, nie zdobywał. Życie, to jego życie, wszystko co z nim było w kontakcie, samo oddawało się mu, radośnie i bez zastrzeżeń.

A żył cicho i czysto, jak panienka. Rozumie się, że jego pokój był pod osobistym nadzorem Kasi, która sama ścierała w nim kurze, sama podlewała kwiatki i uważała, aby zawsze miał bukiet

31