ludzie są pewnie weseli i świątalnie ubrani, i że młodzi szukają kwiatów w trawie, a zaś starzy podają grzbiety grzejącemu słońcu.
On też leżał w swej bece, słodko zadrzemany, zamyślony i pławiący się z rozkoszą w ciepłej wodzie.
Zdarzyło się tak, że fale zniosły go prawie tuż ku brzegowi i rzuciły go w bekę, znajdującą się zaraz za „sachejem“, czyli płytką rewą przybrzeżną.
Tam dopiero zobaczył Kamień Podróżnik rzecz nadzwyczajną.
Wędrując morzem, niejednokrotnie widywał zastawione na „bańtki“, to jest fląderki, wędki obwieszone haczykami, na które nadziane były kawałki jakichś rybek, dziwne tem, że nietylko łuskę miały zieloną, ale i kościec. Skąd się takie rybki biorą, tego Kamień Podróżnik nie wiedział, ponieważ nigdy nigdzie ich nie spotykał. Dopiero mieszkając pewien czas w owej przybrzeżnej bece, zauważył, iż grunta przybrzeżne roją się od malutkich, ale bardzo żwawych, miluchnych rybeczek, srebrnych, jednak całych objętych zielonym płomieniem. Były tak małe, że Kamień Podróżnik, znający morze i jego „ludy“, odrazu domyślił się, iż takie rybki stworzone są tylko poto, aby służyć za pokarm drugim rybom, lub za przynętę rybakom.
Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/374
Ta strona została skorygowana.