Strona:Jerzy Bandrowski - W białem miasteczku.djvu/282

Ta strona została uwierzytelniona.

pogodnie, wesoło, dzwoniła śmiechem i radością, a gwar ludzki, zmieszany z głosami zwierząt, tworzył akordy miłe uchu i sercu.
Dziekan stał, słuchał i myślał. Ściszona, oddalona, łagodna muzyka działała na niego kojąco; zbudziła mu w duszy echo pełnych, sytych, dźwięcznych, a przecie jakby sennych akordów beethovenowskiego Pastorale. Dogasający szkarłat słoneczny w nim samym sprawił spokojny, cichy wieczór. A wtem jakaś struna zaczęła cicho drgać i przez mózg przeleciało nieznośne słowo: Labuś!
Aż się zatrząsł z obrzydzenia; poszedł dalej.
— Labuś!
Nie jest labusiem, Bóg widzi, daleko mu do tego. Jest zwykłym księdzem proboszczem, cieszącym się szacunkiem, a także uznaniem zwierzchników; nie zostałby dziekanem, gdyby na to nie zasługiwał. Służy, jak umie najlepiej. Jest zwykłym księdzem.
A gdyby trzeba było zostać księdzem niezwykłym? I czy istotnie służy, jak umie najdalej? Nie mógłby się zdobyć na więcej?
— Każdy człowiek może znacznie więcej, niż może! — powiedział Zagórski.
Sam fakt, że taka rozmowa wytrąciła go z równowagi... Co za nietakt dyktować komuś obowiązki!
Czyżby obowiązki?
A właściwie co jemu, dziekanowi, można zarzucić? Nic. Lubi ludzi, lubi piękne rzeczy, zajmujące książki, obrazy lub czasem pogawędzić, czasem, bardzo rzadko, bo i nie stać na to — wypić kieliszek czegoś dobrego — to wszystko przecie drobnostki.
— Nie, małostki! — podpowiedział jakiś głos.