Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/111

Ta strona została uwierzytelniona.

w stronę Gdańska. Był to prawdopodobnie jakiś stary „wrack”, gnijący niedobitek dawnej floty żaglowej, zdolny do kilkunastu czy kilkudziesięciu może raisów — ale jakiż w nim był majestat i ile piękna! Leciał na wydętych żaglach, jak ptak wyniosły i dumny, mimo zdyskwalifikowania go przez nowoczesną żeglugę, o ileż szybszą i praktyczniejszą, ale jakże niepozorną! Nowoczesne statki były w porównaniu z nim bezkształtnemi pudłami z kołkiem, brzydko sterczącym w pośrodku pokładu.
Pośpiesznie wciąż biegły statki w jedną i drugą stronę jak na nitkach, a żywy ich ruch niepokoił i dawał dużo do myślenia. Każdy statek jest jak czółenko, biegające po krosnach, znaczy swój ścieg na morzu, coś wiąże, wyszywa, haftuje — a co?
Dla mieszkańca niewielkiego wybrzeża polskiego ta myśl jest ważna, bo on przyjaciół na tych morzach nie ma i dlatego zawsze wzrokiem bacznym odprowadza statki przejeżdżające, jakby myśl ich chciał odgadnąć, pewny, że tam kapitan ze złym, szyderskim uśmiechem spogląda na trzy nasze białe nadbrzeżne latarnie — helską, Dąbkową i rozewską. Nauczył się w tych chwilach Tomasz czuć i myśleć, jak człowiek wybrzeża, tęskniący do przestrzeni morskich, chciwy panowania nad wodami, zawistny i zły o to, że obcy mu się pod nosem kręcą — bo gdyby tu zysku żadnego nie mieli, toby nie przyjeżdżali, a czemuż to oni mają ten zysk zgarniać, a nie on?
W jednej z takich chwil z radością zrozumiał, iż oto kluczem tego swego uczucia i tej swej myśli otworzył sobie jedną komórkę skrytej i niezbadanej duszy rybackiej.
Oto Kułak opowiadał mu:
— Rybak jest podejrzliwy i zawistny. Zawsze mu się zdaje, że go chcesz oszukać, wyzyskać. Naprzy-

101