Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/140

Ta strona została uwierzytelniona.

Wymawiał się, ale przecie o zmierzchu przyszedł do łazienek.
Siedzieli w pawilonie restauracyjnym przy oknie, patrząc z góry na piętrzące się groźnie fale i popijając żałośnie. Tomasz, ponieważ przyszła mu na myśl pani Łucja, z którą przy tym samym stoliku siadywał, Kułak zaś, ponieważ struł się wypłatą. Prócz tego w pawilonie było chłodno, w oknach skowytał wiatr.
— Wogóle wygląda to wszystko, jak balowa sala podmiejskiej oberży nieposprzątana po zabawie! — rzekł Kułak.
— Ha, bardzo słusznie! — potwierdził Tomasz.
Już chcieli wyjść, przenieść się pod „Łososia”, gdy wtem doleciały ich dźwięki muzyki.
Deski pawilonu zahuczały pod chyżemi piętami restauratora.
— Idą! Idą! — zawołał, otwierając szeroko drzwi.
Las grzmiał już odgłosem trąb, które po chwili zaczęły wrzeszczeć tuż przed łazienkami, wreszcie — wwaliła się w drzwi jedna trąba, po niej druga, trzecia — cała słynna kapela rybacka. Obszedłszy z grzmotem trąb i łoskotem bębna pustą salę, muzykanci ustawili się w rząd pod ścianą, gdzie fałszywie lecz triumfalnie marsz skończyli. Poskładawszy instrumenty na stołkach, podeszli do bufetu pokrzepić się.
U drzwi błysnęło kilka jaskrawych płomienistych sweaterów, za któremi tłoczyły się białe gorsy i granatowe marynarki. Ale taki był jeszcze w tym tłumie szacunek dla miejsca uświęconego przez pobyt letników, iż nikt nie śmiał wejść pierwszy, i młodzież tłumiła się u progu tak nieśmiało, jakgdyby tam wciąż jeszcze kręciły się pary piękne, dystyngowane i pełne wdzięku.
Śmiało weszło kilku starszych rybaków, nie bojących się wizyj, nawet wytwornych. Stuknęły szklanki z gdańskiem piwem, przechyliły się głowy wtył, muzy-

130