Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/146

Ta strona została uwierzytelniona.

grzbietem padała głową naprzód i dopływała do brzegu bezkształtna, bezsilna, niesiona martwym rozmachem strzaskanych zamiarów. Ale tuż nadpływała druga fala, trzecia, piąta — z całą mądrze hamowaną i stopniowo w miarę rozwijaną energją, w rozmachu swym genjalna, w wykonaniu cudownie dokładna, a tylko nie przewidująca podstępnej, złej, upartej rewy, złośliwie podcinającej nogi córom morza, z wyciągniętemi w miłosnej tęsknicy ramionami śpieszącym w objęcia lądu.
— Ile istnień złamanych, ile zamiarów strzaskanych, ile zmarnowanej energji. Nie, czy zmarnowanej — niewiadomo. Energja nie ginie.
Tak myślał Tomasz, przyglądając się pracy fal.
— Zupełnie jak ludzie! — mówił sobie. — Fala padła, nie dosięgła celu. Tuż za nią idzie druga, silna, bujna. Mogłaby dojść. Ale złamana fala, zbierając się — poco? — cofa się, podcina falę nadbiegającą i w ostatniej chwili łamie cały jej rozpęd — zwyciężony i uciekający rozbił nadchodzącego zwycięzcę — ileż razy! Znowu leci — może dojdzie!... Ach, ta głupia leci za nią!.. Za prędko, za wcześnie... Jest! Trzask! Wpadła jedna na drugą i teraz toczą się, wodząc się za łby... Nie doszła żadna, a mogły obie dojść znacznie dalej niż inne... No, może ty dojdziesz... Nie za wielki rozpęd przed rewą... Tak, prześliznąć się tylko... Teraz — w cwał! Grzywa do góry!
Z bijącem sercem patrzył na nadlatującą falę.
Pyszna, dumna, piękna, tuż u brzegu już wygięła swą lśniącą pierś, potrząsnęła białą grzywą karku i runęła na piasek z jędrnym, pełnobrzmiącym gromem. W tej chwili wybiegł z pod niej długi, lśniący metalicznie język.
— Chodź tu, chodź do mnie, ty dzielna, mądra, silna, odważna, chodź! — wołał w duchu Tomasz, wyciągając do fali dłoń, jak do dziecka.

136