Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/186

Ta strona została uwierzytelniona.

— Tu!
— Wiesz na pewno?
— Jo!
Podeszli aż na sam zoloj, gdzie Etta zaczęła im dokładnie opisywać położenie bit.
— Bekę macie? — pytał stary.
Józk wrócił do wozu i przyniósł z niego „bekę” — długi osęk. Zaczął nim grzebać w dnie morskiem.
— Jo, ty Etta mówisz, że tu? Może tu co było, nie mówię, ale, jeśli było, to chyba już alali, bo niema nic! — mówił złośliwie.
— Co ty w rowie grzebiesz! — zniecierpliwiła się Etta. — Bita jest w bece za sachejem!
Bernard, który tymczasem ubrał się w „eltychy”, wydarł bratu osęk, wszedł powyżej kolan w wodę i zaczął macać dno.
— Jest! — wykrzyknął po jakimś czasie półgłosem.
— Jest! Jest! A co?
— Nie wiem. Zdaje się — belka. Za sachejem siedzi...
— Spróbuj, czy można alać beką!...
— Nie, nie można... Boję się, że ją zrobię flott...
Józk, również już w eltychach, odwinął kilka sążni lejpra i zrobiwszy pętlę, zaczął brnąć za osękiem Bernarda do bity, starając się poruszać tak, aby się jak najmniej narażać na zmoczenie przez fale. Kiedy oplątywał liną wbity mocno w piasek kawał drewna, stał po pas w zimnej wodzie, a piana zbryzgała mu twarz.
Ciągnęli wszystko czworo, z całej siły mocując się z owym nieznanym przedmiotem, który opierał się im niby uparty samobójca, za wszelką cenę pragnący zginąć.
— Coby cię sześćdziesiąt kóp djabłów odrazu zabrało! — klął Bernard.
Rzecz „puściła” tak nagle, że Etta i Bernard upadli na kolana.

176