Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/193

Ta strona została uwierzytelniona.

— Szproty zjadły mi flądry i poszły do lasu! — odpowiedział ponuro Kułak. — A ja sam im do tego pomogłem!
— Szproty zjadły ci flądry? Nic nie rozumiem.
— Widzisz, w każdym człowieku jest dziewięćdziesiąt pięć procent chama! — zwierzał się Kułak. — Tych marnych szesnastu centnarów szprotów nie powinienem był brać. Stary Juljusz Kohnka nie brał, jego odbiorcy o szprotach nic nie wiedzą, zażerają się w dalszym ciągu flądrami. Ja złakomiłem się na nowalję, chciałem błysnąć — no i błysnąłem. Rozpocząłem sezon szprotowy, a tymczasem szprotów niema, a wszyscy odbiorcy telegrafują mi: „Fląderki sztop!”
Tu golnął kieliszek wódki, zagryzł serem, uśmiechnął się i zaśpiewał:
— Od Warszawy aż do Petersburga
Fląderki moje — sztop! sztop! sztop!
Poczęstował Tomasza papierosem i rzekł:
— Jo! Przez szesnaście głupich centnarów szprotów, które należało rybakom zostawić, żeby je zjedli, straciłem flądry. No, ale wangorze jeszcze są i długo będą... Twój gospodarz ma z pewnością kilkadziesiąt centnarów, ale on chowa na czas, kiedy będzie najwyższy priz. Wtedy odrazu zgarnie jaki tysiączek złociszów... Jo, to mądry chłop... Specjalista od bitów...
— On? — zdziwił się Tomasz. — Nigdy nie zauważyłem...
— Jo! Ma cię może na bity ze sobą wziąć? Ty nic nie widzisz, nawet nie wiesz, jak ci pod nosem bity alają... Sam widziałem, i nieraz... W dzień bity wypatrzą, a w nocy krowę zaprzęgają i jadą na strąd alać... Z gospodarzem w zgodzie żyjesz? To powiedz mu, żeby uważał na syna, ...na Józka.
— Albo co?
— Mam wrażenie, że on staremu wangorze podbiera i gdzieś sprzedaje. U mnie jest robota nocna,

183