Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/205

Ta strona została uwierzytelniona.

gane, a tuż przy kołowrotkach zasiadają prządki — wiekowe już neńki lub starki.
Za oknami ciche roje mokrych, ciężkich płatków śniegu, albo wyiskrzony mróz i dalekie krzyki łabędzi na błoniach zatoki, hucząca norda, na skrzydłach swych niosąca ryk wzburzonego morza i wrzask szamocących się drzew, orkan, u podstaw wstrząsający półwyspem — a w izbie spokój, ciepło, monotonne warczenie kołowrotka i przy jego akompanjamencie rzeźbiona melodyjnym językiem morskim opowieść o cudach dalekich krajów, dziwnych przygodach lub strasznych spotkaniach z zaświata. Opowiadają pokolei wszyscy — jedna tylko prządka słucha w milczeniu i przędzie. Miarowo obraca się drewniane brunatne koło, a palce rozsadzonych ciężką pracą czerwonych rąk prządki, choć grube, delikatnie i równo snują z manilli mocną, bieluśką nić. Praca to nietrudna, a przecie młodsze bialki niechętnie się jej imają i wolą pomagać przy żakach lub wiązać wyry. Zbyt rwące jeszcze, niespokojne i krnąbrne mają dusze, a jaka dusza, taką palce nić snują. Aby ją wysnuć bez przerw i zniecierpliwionych okrzyków, w sam raz, równą, mocną i trwałą, bialka musi zaczekać, aż jej włosy posiwieją, aż zrozumie wszystko i niczego już pragnąć nie będzie dla siebie.
Mruczy zcicha kołowrotek, nie powoli i nie prędko, lecz tak właśnie w samą miarę. Nie słychać go w gwarze głosów, ale jak się tylko zrobi cicho, swe stuk — stuk! wybija znowu.
Nie usypia to, lecz kołysze, rozmarza.
Zamyślona neńka milczy, biała nić, zda się, ścieka z jej drobiących w powietrzu palców, ale kołowrotek coś opowiada, bo oto nagle Józk, najmłodszy syn, podniósł głowę, pytająco wpatrzył się w matkę i słucha:
Pieśń kołowrotka była dotychczas wyliczaniem dni tak powszednich, że nawet znajdujące się wśród nich

195