Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/224

Ta strona została uwierzytelniona.

Edwardek wrócił z lasu zmęczony, różowy z zimna i głodny. Uprzejmie i łaskawie przywitawszy się z kuzynką żony, przedewszystkiem zażądał jeść. Żona podała mu obfite śniadanie, do którego zasiadł w towarzystwie sześcioletniego Eryka, swego stałego towarzysza podczas wycieczek do lasu.
— A Emilce dałaś co zjeść? — zwrócił się do żony, ruchem głowy wskazując jej kuzynkę.
— Ja już jestem najadła, — oświadczyła kuzynka.
— To jest dobrze, osobliwie! — pochwalił Edward. — Jo, czlowiek nie najadły ma glupi rozum.
I najspokojniej jadł dalej, lepsze kęsy podsuwając synowi, a swojemi dzieląc się z psem.
Mogłoby się zdawać, że zupełnie nie wiedział, poco kuzynka żony do nich przyszła, tak był pogodny, spokojny i grzeczny. Dlatego babina ze łzami w oczach zaczęła mu opowiadać o swem zmartwieniu i nieszczęściu, narzekając na swą ciężką dolę i płacząc nad tem, że jeśli ją z domu jego żony wyrzucą, dzieci pomarzną, bo będą musiały spać pod gołem niebem, w chałupach miejsca niema, prócz tego, jeżeli się ludzie dowiedzą, że ona nie ma prawa wynajmowania mieszkania na lato, to nikt jej nie da nic na borg i wraz z dziećmi będzie musiała z głodu umrzeć.
Było w tem dużo przesady i Edward Kunsztowny o tem wiedział. Mimo, że na Rybakach niema żadnych filantropijnych organizacyj, nikt tam nigdy z głodu nie umarł, ani na mrozie nie zamarzł. Ci chrześcijanie nie potrzebują organizacji na to, aby pomagać bliźnim w potrzebie. W każdym razie jednak położenie kuzynki żony było bardzo ciężkie i to Edward Kunsztowny rozumiał doskonale. Wyrzucić ich z domu — staną się z nich sztrece.
Słońce świeciło okrutnie ładnie, w ciepłym pokoju wiejąca za oknami „norda” przyjemnie śpiewała, więc Edwardek spokojnie słuchał, co mu kobiecina ze łzami w oczach opowiadała — i rozmyślał.

214