Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/229

Ta strona została uwierzytelniona.

To mówiąc, przeciągnął przez belkę linę, i zaczął wiązać na niej pętlę dla syna.
I kto wie, na czemby się skończyło, gdyby nie pan Tomasz, który, zamówiwszy u Edwarda Kunsztownego fotel, przyszedł dowiedzieć się, co się z tym sprzętem dzieje.
Eryk nie został tym razem powieszony, zato przez dwie godziny musiał odmawiać klęcząco modlitwy, co mu doskonale wpłynęło na sumienie, a także na wyrobienie pamięci.

Kaszubska krzywda.

— Doch oni są wyjechani! — mówił żałośnie podrażnionym głosem pomocnik pana Kułaka Ignacy, patrząc przez zakurzone okno wędzarni na słoneczną zatokę.
— Czy oni są wyjechani, czy nie, to ciebie, ani mnie nic nie obchodzi! — tłumaczył Kułak, majstrując koło zepsutej skrzynki. — Do Helu jechać musisz, bo ja potrzebuję ryb.
— Doch oni mogą mieć bretlindzi dostane! — protestował Ignacy, który, choć był swemu chlebodawcy wierny, nie chciał być „lichy” swoim.
— Co będzie, jak oni będą mieli co dostane, to moja rzecz — mówił dalej spokojnie Kułak, — Ja mam w Helu już umówione... Nasi mogą mieć, albo nie, Helanie będą mieli na pewno... Musisz jechać...
— A detki są?
— Detki będą w niedzielę.
— A jak nie będą?
— Ciebie o to głowa niech nie boli, nie ty będziesz płacił.
— Ale doch oni na moje słowo rybę dają, w tem jest moja era.

219