Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/262

Ta strona została uwierzytelniona.

zaczynamy wszystko od początku... Przenieśmy tego ducha na ląd!... To siła!
Pani Łucja wstała.
— Może pan ma słuszność. Ale papierosy powinien pan stanowczo palić lepsze, bo te muszą szkodzić na gardło... To wprost nie uchodzi... A czy pan tu ma wannę? Nie? To może jest łaźnia?
— Na całym półwyspie niema ani jednej...
— Żydzi mają kąpiel przez religję przepisaną, w najmniejszej wsi rosyjskiej jest „bania”. Japończycy kąpią się dwa razy dziennie... A tu niema doktora, akuszerki, apteki. Mniejsza z tem... Czemu elektryczność się nie pali?
— Ludzie nie mają czem płacić...
— To rybołówstwo istotnie jest takie marne? Chodźmy, panie Tomaszu, muszę się z temi paniami zobaczyć.
— Jak kiedy! Czasem niewiadomo, co z rybami robić, wrzuca się je w morze, bo nikt już kupować nie chce. Wszystko zależy od wiatru.
Zaczął pani Łucji opowiadać, jak to z tym wiatrem jest. Po drodze, kiedy szli do „tych pań”. Słuchała poważnie, orjentowała się znakomicie, wreszcie rzekła:
— Tak być nie może. Z tem śmiesznem rybołówstwem przybrzeżnem trzeba raz skończyć. Trzeba większy nacisk położyć na półwysep jako na teren letnisk.
— I zmienić rybaków na hotelarzy, zdemoralizować ich, jak górali w Zakopanem lub w Szczawnicy! A, Jezus Marja! — wykrzyknął oburzony Tomasz.
— To niech się nie dadzą demoralizować! — odpowiedziała mu z pewnem zniecierpliwieniem. — Nikt im nie każe! To nie dzieci.
Tomasz spojrzał na nią, zdziwiony jej stanowczym tonem. Ujrzał jej czysty, sarmacki profil, wykwintny i delikatny, ale ostry.
— To są dzieci! — rzekł.
— Tem gorzej dla nich! — odpowiedziała szorstko. — Zresztą my robimy dla nich wszystko, co można.

252