Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/263

Ta strona została uwierzytelniona.

Daliśmy im kolej, budujemy porty, władze im zanadto nie dokuczają, dajemy im letników — czego pan chce? A że z tem wszystkiem zmienia się tu charakter życia, to zupełnie naturalne, inaczej nie może być! Wejdźmy!
„Te panie“ zamieszkały wszystkie razem w wielkiej izbie byłego gmachu szkolnego. W hierarchji społecznej i towarzyskiej stały wysoko, były znanemi działaczkami, miały stosunki w ministerstwach, nosiły chłopięce fryzury i paliły papierosy.
Tomasz witał się serdecznie z siostrzenicą pani Łucji, Wandą, którą znał jeszcze jako podlotka. Była to śliczna, zgrabna siedemnastoletnia dzieweczka, blondynka o jasnych błyszczących oczach i bujnych złotych włosach, związanych na głowie w wielki, lśniący hełm.
— Wandeczka gimnazjum już skończyła? — pytał.
— Kończę w tym roku.
— Aj, jaka ładna panna! Toż to będzie chłopcom głowy zawracała! I patrzcie! Włosięta śliczne, długie, nie à la garçonne! To ładnie, to znaczy, że Wandeczka nie leci na modę...
Spojrzała na niego śmiało swemi błyszczącemi oczami i odpowiedziała:
— Na scenie lepiej mieć swoje włosy, zwłaszcza, gdy się ma przyzwoite.
— Co pani mówi? — wykrzyknął jakby nie rozumiejąc.
— Wanda chodzi do szkoły dramatycznej i ma zamiar zostać aktorką! — wtrąciła pani Łucja.
— Co pani znowu! — oburzył się Tomasz. — Taka śliczna panienka powinna zamąż iść, nie poniewierać się między aktorami...
— To też, jeśli się zdarzy dobra partja, zamąż wyjdzie, ale jeśli nie — zostanie aktorką.
— Filmową! — dodała panna.
— Już! — pomyślał Tomasz. — Wie, że jest ładna, chce błyszczeć, chce być podziwiana, myśli o Holly-

253