Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/283

Ta strona została uwierzytelniona.

A na Bałtyku płonęły nocami dziesiątki świateł. To wyjeżdżały kutry z pławnicami na drewanie. Z motorówek wyrzucano wstęgę sietną długą na kilka kilometrów, z umieszczoną na końcu latarnią, aby statki po świetle mogły poznać, gdzie jest pławnica, która drewała z prądem i wiatrem. Zaś za nią drewał kuter, w którym rybacy wygodnie przez całą noc aż do świtu spali, od czasu do czasu tylko dając baczenie na pławnicę. Rano wyciągali ją wraz z łososiami, które ulnęły w okach.
Nie koniec jednak na tym dostatku, bo oto we wsi coraz częściej rozlegały się porykiwania krów, którym na pomoc w krytycznej chwili przyzywano starego Pawła nieuczonego, lecz biegłego weterynarza wioski. Stary śpieszył każdej chwili, skwapliwszy, chętniejszy pod tym względem od niejednego doktora, i sumiennie dokonywał wszystkich zabiegów, nie upominając się nigdy o zapłatę i nie dbając o nią. Gdy mu parę złotych dano, brał wdzięcznie, ale ani pisnął, gdy go zbudzono w nocy i po ciężkim trudzie nie dano nic. Było przecie rzeczą zupełnie naturalną, że skoro on umiał, a drudzy nie, to pomagać musiał. To też z każdym dniem przybywało we wsi cieląt, które po krótkiem karmieniu za dobre pieniądze sprzedawano Helanom.
Zaczęły też nadpływać pierwsze zadatki na mieszkania.
Teraz, choć zimno było wciąż, a nieraz śnieg sypał po kilka razy dziennie, rybacy wiedzieli już, że zimę przetrzymali, że zmory siadają w korytka i z żałosnym śpiewem odpływają na północ, wiosłując kopystkami, że mrozy już nie wrócą, że idzie wiosna.
A raz stał Tomasz na strądzie i przyglądał się łańcuchom ludzkim, skrzypiącym u skrzydeł laskornu. Wtem usłyszał nad głową dziwny szum.
Nisko nad strądem, tak że remą można je było dosięgnąć, leciały cztery dzikie łabędzie. Wielkie, białe ptaki zrzadka tylko poruszały ogromnemi skrzydłami,

273