Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/299

Ta strona została uwierzytelniona.

domili twój Adres. Widjmi dobrze, że tobie idzie tam prawie jak ty chcesz i jesteś tesz dobrze ubrana. Jednak nie możemy ja, any Neńka any Brat twój dali bes cebie życ. Twoje głupstwo, któres tu zrobiła z Józkiem Chudych, zrobilas nam wielki wstyd. Dlatego uciekla jes do Gdańska, ale bądź tak dobra i wróc do nas, wszetko tobie my przebaczymi tak jak Ojc marnotrawnemu Synu tak i my tobie odpuszczemi. Mami wiele do pracy bo są mance, i Sejce do naprawienio i kto ma to zrobić. Ja jestem stari już 69 a Neńka jest 64, zawsze chora na swoje chorobę i Bartlomin pracuje na wodze. Józk Chudych chorzał długo i ma wielki iwer o to, co z tobą zrobil a jego tatk tesz chorzal.
„Kochany Dziecko, czcij Ojca Twego i Matkę twoją, przyjechaj i będziesz Bartlominowi pomagala. Nam jest Koza ubagnona i kto ma ją doić i dwa mlodi Kozki napajać. Przyńc do domu. Bartlemin cebit nie ostawi w sztychu, choćby nawet cosz ponownie z kim zaszlo. Dlatego pozostań z Bogiem, ot wszetkich cebi pozdrawiam i oczekywać będziemy cebie każdego dnia”.
Jak tylko list wysłali, wszystkim kamień spadł z serca.
Józk poweselał, stary Paweł skrzepił się i zaczął przychodzić do zdrowia.

Pojadę!

Ptaki przelatywały wciąż — wieczorami słychać było ciągnące kaczki, nieraz nad zatoką siadały dzikie gęsi, to znów zafurkotały dzikie gołębie — ale wiosna rozkwitała bardzo powoli i choć zima odeszła, tylne jej straże nie próżnowały, przeciwnie, wciąż brutalnie napastowały półwysep, nieraz po kilka razy na dzień zasypując go śniegiem.
Połów łososi trwał jeszcze jakiś czas, lecz coraz więcej rybaków porzucało niewdzięczne laskorny, da-

289