Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/30

Ta strona została uwierzytelniona.

nym kufereczku, z rękami złożonemi na kijku. Jedna z tych rąk, brunatna wielce i jakąś czernią srodze zapuszczona, z wystrzępionemi paznokciami, była siną barwą tatuowana. Od całej postaci biło wyraźnie delikatne aroma denaturatu i pasty na obuwie — albowiem wąsy figury były mocno czarne.
Raz — drugi rzucił Edward Kunsztowny okiem na tę przyziemnie kucającą postać i zrozumiał, że tu oto ma do czynienia z czemś konkretnem, realnem i prawdziwem.
Oto człowiek! Nie jakaś lalka wyjmująca papierosy ze złotego pudełeczka i trzymająca je w złotych zębach białemi, delikatnemi palcami, lecz człowiek pracy, który nie napróżno twardemi, czarnemi rękami chwyta się życia, bo ma na tych rękach tatuowaną kotwicę, to jest — ma w sercu nadzieję. Niewątpliwie były marynarz. Skąd przyszedł i dokąd pójdzie — wszystko jedno, bo on zawsze i wszędzie jest u siebie, jest tym przechodniem, którego można spotkać na wszystkich bitych i wodnych gościńcach świata. I niewiadomo nawet — czy to znajomy, czy nieznajomy, czy brat, czy przyjaciel, czy ktoś, który może chce zwrócić pożyczone kiedyś w Chile przed trzydziestu laty sto marek, albo może zażąda zwrotu tych trzydziestu, które przed półwiekiem pożyczył w Ecuadorze, a może zechce zapłacić za jakieś dawno zapomniane pchnięcie nożem...
Dość na tem, że Edward Kunsztowny zachłysnął się zimnym, gorzkim soczkiem z fajeczki — kupił ją w Londynie przed pięćdziesięciu laty — i podszedłszy wolnym krokiem do człowieka siedzącego na kuferku, zapytał go łagodnie i grzecznie:
— Czego ty tu chcesz, czlowiecze?
Człowiek chuchnął zlekka denaturacikiem i odpowiedział pokornie:
— Jestem chory. Zdaje mi się, że zaczynam mieć suchoty, a mam już sześćdziesiąt pięć lat i boję się,

20