Strona:Jerzy Bandrowski - Zolojka.djvu/79

Ta strona została uwierzytelniona.

nie pozwolił i miejscowi konkurenci też nie, a potem powiedziano ludziom, że takie skorznie będą niezdrowe... Ale tu, między rybakami, możnaby spróbować... Trzeba na to trochę czasu, to jest prawda, bo zrobić nie tak łatwo, skórę odpowiednią trzeba dobrać, wszystko w głowie ułożyć tak, żeby rychtyg pasowało, ale do pomyślenia to wcale nie jest trudne. Nic prostszego pomyśleć: Skorznie z jednym szwem! Cóż wielkiego! Skorznie i jeden szew!
— Nie! — mówił z uznaniem Edward Kunsztowny — To nie jest taka łatwa rzecz. Już samemu takiemu pomyśleniu każdy musi się dziwić i każdy je musi pochwalić!
Wówczas szewiec objaśniał długo i szeroko, na czem rzecz polega, a używał wyrażeń tak niejasnych, zawiłych, nieomal mistycznych, iż Edward Kunsztowny coraz wyższego był mniemania o jego niezwykłej uczoności. Cała maszoperja już głosiła sławę szewieca, którego też licznie nawiedzano.
A szewiec był gościnny, rozmowny i mówić umiał nietylko o skorzniach. W młodości był okrętnikiem, zwiedził kawał świata i teraz ze starymi rybakami wspominał oberże marynarskie zamorskich portów, rozpamiętywał zalety i wady dawnych zmurszałych żaglowców i dziwny los kolegów i kapitanów. Kiedy indziej zaś, siedząc na zydelku ze skrzyżowanemi nogami i z brodą w dłoni, owiewał gości upajającym aromatem denaturaciku, ogarniał ich, jak gdyby rozpalonem spojrzeniem białych, napół przytomnych oczu i zapuszczał się w tak mądre rozmyślania i dociekania filozoficzne, że rybacy zasypiali stojąc, lub spluwali i wychodzili osowiali z niezmiernym podziwem dla mądrości szewieca.
— Jakby chciał, toby potrafił zrobić skorznie z jednym szwem! — oświadczył po kilku takich wizytach jeden ze starszych rybaków.

69