Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/410

Ta strona została przepisana.

To raczéj skrytéj troski róża chorowita,
Co w chwilowéj gorączce na licu wykwita.
Dziki połysk spojrzenia wzięty gdzieś wysoko,
Wciąż elektryczną myślą oświecał mu oko.
Wszakże bijącą czarność swych powiek czasami,
Łagodził i ocieniał długiemi rzęsami.
Był to smutek czy duma, którą w oko wcielił?
Raczéj tęsknota, jakiéj niktby nie podzielił.
Jego żadne zabawy nie wyciągną w pole,
Gry, zalecanki chłopców i paziów swawole.
Lecz czasem radby z Lary nie zdjąwszy spojrzenia,
Poić się niepamięcią w szale zachwycenia.
Gdy się z zamku wychylał, rad chodził samotny,
Zwięzły w swych odpowiedziach, pytać nie ochotny;
Jego przechadzką lasy, zabawą czytanie,
Darniony brzeg strumienia stawał za posłanie.
On jak ten, komu służył, zdał się żyć zdaleka
Od wszystkiego, co łechce wzrok i myśl człowieka;
Żadnych darów od ziemi nie przyjąć z powicia,
Prócz jednego gorzkiego daru — oprócz życia!

XXVII.

Jeśli mógł sercem przylgnąć — to tylko do Lary,
Czcią jedną i czynami dowodząc swéj wiary,
Jego troska chęć pańską lubiąca pośledzać,
Wprzód nim w słowach zabrzmiała, zwykła ją uprzedzać.
Lecz w tém, co robił, była jakaś duma mała,
Jakaś myśl, coby groźby ścierpiéć nie umiała.
Choć pilniéj niż niewolnik wolę wykonywał,
Czynem tylko jéj służył, twarzą rozkazywał.
Jeśli pańskie rozkazy wypełniał z ochotą,
Łatwo zgadnąć, że Larze służył nie za złoto.
Lekką służby powinność pan na pazia wkłada,
Miecz nosić, trzymać strzemię, gdy konia dosiada;
Stroić lutnię, lub z panem w chwili wolnych wczasów
Ślepić wzrok nad księgami starożytnych czasów.
Lecz sam nigdy nie licznił domowników tłumy,
Wszakże im znać nie dawał ni wzgardy, ni dumy.
Lecz dobrze wzgląd użyty, czém chciał dać dowody,
Że sercem lgnąć nie umiał do służalców trzody.
Jakibądź stan, ród pazia, mógł się sercem zbliżyć,
Duszą zgiąć się do Lary, nie do nich się zniżyć!