Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/72

Ta strona została przepisana.
LVI.

Minął haremu milczące arkana,
I przez rozległe, w łuk wygięte dźwierze
Zoczył siedzibę potężnego pana:
Noc jego wszystko w równéj głosi mierze!
Z niezwykłych zbytków usłał on swe leże,
Dwór naokoło ruch i życie wznieca;
Rzezańce, goście, derwisze, żołnierze!
Na wewnątrz pałac, na zewnątrz forteca,
Schronienie gmach ten ludziom różnych ziem zaleca.

LVII.

Konie w bogatych rzędach, tłumy zbrojne
Zuchwałych jeźdźców, kołem otaczają
Wielki dziedziniec, gotowi na wojnę.
Tam korytarze lśnią się barwną zgrają,
Czasem przez bramę, aż echa zadrgają,
Wysoko-czuby Talar mknie z kopyta,
Maur, Grek, Albańczyk tutaj się mijają
Z Turkiem — o, spojrzyj, co za dziwna świta —
Aż bęben im ogłosi: pora dnia przebyta!

LVIII.

Albańczyk w krótkim do kolan spódniku,
W zawoju, z strzelbą nasadzaną w dłoni,
W złocistéj kurtce, zawsze pełen szyku;
W czerwonych szarfach męże Macedonji;
Delhowie w groźnéj czapicy na skroni
I z szablą krzywą; Greczyn żywy, giętki,
Czarnych rzezańców tłum z nubijskich błoni,
Brodaty Turek, w języku nie prędki,
Zbyt możny, by srogości nie uczuwał chętki:

LIX.

Wszyscy widoczni; jedni, zbici w koło,
Patrzą, jak barwny obraz się przewija;
Tutaj muślemin w modłach schyla czoło;
Ten puszcza dymy, grze znów tamten sprzyja;
Tutaj Albańczyk dumnie wszystkich mija;
Tu cichy szczebiot Greka cię uderza.
Tam w niebo głos się uroczysty wzbija:
Muezzin woła, aż się trzęsie wieża:
Tu bogiem Bóg! Bóg wielki! daléj! do pacierza!...