Strona:Joanna Grey.djvu/050

Ta strona została uwierzytelniona.
ALASTOR.

Ojciec mój — nie pytaj pani! bo stracisz do mnie serce jak wszyscy — a ja Cię — bałwochwalę!...

JOANNA.

A ojciec twój?...

ALASTOR.

Ojciec mój — — (odwraca się)
Ojciec mój — katem!...

JOANNA.

A!! (zrywa się i siada znowu.)
To nic — to nic mój bracie!...

ALASTOR.

On — ściął tych wszystkich, co tu zginęli! uciekaj odemnie!...

JOANNA.

Daj mi rękę!

ALASTOR.
(pochyla głowę i milczy — Joanna całuje jego czoło.)

O! czy anioł westchnieniem skrzydła swego musnął mnie?... odtąd! jam najszczęśliwszy z ludzi!.., z tym pocałunkiem na czole jak z gwiazdą pójdę przez świat!...

JOANNA (przychodząc do siebie).

Co ja mówiłam?... tak — mów mi dalej twe dzieje. —

ALASTOR.

Ojciec mój — ściął wszystkich co tu pomarli — ale rzecz straszniejsza męczyć żywych! on mi każe koniecznie po sobie być katem! jam syn pierworodny, tak było od wieków w Tower!...

JOANNA.

Przebóg! co mówisz...

ALASTOR.

Ja ojca mego tak kochałem! on od miłości do nienawiści prowadził mnie! i dziś — nienawidzę go! on taki straszny — czerwony i zimny — od dzieciństwa okłada mnie kijami, jam się na kata nie rodził, za cóż mi to rzemiosło narzuca! uciekałem już trzy razy, z skrzypcami po szynkowniach, stojąc na beczce wśród tłumu, zarabiałem na życie... jak psa złapał mnie na stryczek i odwiódł do domu — chce zatwardzić me serce mówiąc, że za czułe, każe mi męczyć zwierzęta, ścinać psy i koty, dziś, musiałem