Strona:John Galsworthy - Posiadacz.pdf/327

Ta strona została przepisana.

— Kochamy cię wszyscy — rzekł — gdybyś tylko... chciał powiedzieć: „zachowywała się jak należy“, zamiast tego jednak dokończył: „gdybyś tylko chciała być mu bardziej żoną“.
Irena milczała i James zamilkł także. Było coś w jej milczeniu, co zbijało go dziwnie z tropu. Nie było to milczenie uporu, nie; raczej potakiwanie wszystkiemu, co mógł mieć do powiedzenia. A jednak czuł, że rozmowa ich nie skończy się na tem. Nie mógł tego zrozumieć. Niezdolny był jednak zachować długo milczenia.
— Przypuszczam — rzekł — że ten młody Bosinney ożeni się wkrótce z Juną?
Twarz Ireny zmieniła się.
— Nie wiem — odparła — powinienby ojciec ją o to zapytać.
— Czy pisuje do ciebie?
— Nie.
— Cóż to się stało? Byłyście, o ile mi wiadomo, serdecznemi przyjaciółkami!
Irena odwróciła głowę ku niemu.
— I o to także powinienby ojciec ją samą zapytać.
— Widzę — obruszył się James — że, choć to bardzo dziwne, nie mogę wydostać od ciebie normalnej odpowiedzi na zupełnie normalne pytanie.
Przez chwilę siedział nadąsany i wreszcie wybuchnął:
— Ha, trudno, ostrzegłem cię. Nie myślisz o przyszłości. Soames nie zwykł tracić nadarmo słów, jestem pewien jednak, że nie będzie długo tego znosił. Sobie tylko przypiszesz winę i, co gorsze, nie znajdziesz poparcia z niczyjej strony.
Irena pochyliła głowę z lekkim uśmiechem.
— Bardzo jestem ojcu zobowiązana.
James nie miał pojęcia, co na to odpowiedzieć.
Jasny, upalny poranek przeistaczał się powoli w szare, duszne popołudnie; ciężka ławica chmur z żółtawem