Strona:Julijusz Verne-Miasto pływające.djvu/018

Ta strona została skorygowana.
10

kufrów rozmaitego kształtu, różnej wielkości, skrzynie duże jak wagony, które mogły pomieścić wszystkie ruchomości, małe wytworne woreczki i owe walizy amerykańskie lub angielskie, tak odznaczające się kosztowną skórą, licznemi sprzączkami połyskującemi, blaskiem okuć miedzianych i t. p. Wszystkie te rupiecie wprędce znikły w magazynach. Tender ruszył, pokrywając kłębami dymu, świąteczne płótno Great-Eastern’u. Zwróciłem się na przód statku i niespodziewanie spostrzegłem tego młodego człowieka, którego widziałem na brzegu New-Prince. Zobaczywszy mnie, stanął, wyciągnął rękę, ja ją uścisnęłem z czułością.
— Jesteś tu Fabianie? zawołałem.
— Tak kochany przyjacielu.
— Więc się nie myliłem, więc ciebie to widziałem, kilka dni temu na brzegach portu?
— Prawdopodobnie, odpowiedział Fabian, jednak, ja ciebie niespostrzegłem.
— I płyniesz do Ameryki?
— Oczywiście! Czy można lepiej spędzić czas kilka miesięcznego urlopu, jak przebiegając świat?
— Dla tej turystowskiej przejażdżki, szczęśliwym trafem zrobiłeś wybór z Great-Eastern’u.
— To niewypadkiem, kochany przyjacielu; w jednym z dzienników czytałem, że masz popłynąć na Great-Eastern a nie widząc cię od lat kilku, przyjechałem, aby odbyć z tobą, razem tę podróż.
— Z Indyi przybywasz?
— Onegdaj wysiadłem z Godawery w Liwerpoolu.
— Więc podróżujesz, Fabianie?.. pytam się patrząc na jego twarz bladą i smutną.
— Dla rozrywki, jeżeli ona dla mnie być może, ściskając mi rękę ze wzruszeniem, odpowiedział kapitan Fabian Mac-Elcoin.


IV.

Fabian odszedł dla umiezsczenia się ponług numeru swego biletu, wpokoju 73 w korytarzu dużego salonu.