Strona:Julijusz Verne-Miasto pływające.djvu/050

Ta strona została skorygowana.
42
Szer. 50° 8′ P.
Dłu. 30° 44′ Z.
Bieg. 255 mil.

Zawsze ten sam rezultat. Dopiero zrobiliśmy tysiąc sto mil, licząc w to trzysta dziesięć mil które oddzielają Fastenet od Liwerpoola. Stanowiło to blisko trzecią część podróży. Przez cały dzień oficerowie, majtkowie pasażerowie i pasażerki, odpoczywali, jak Pan Bóg po stworzeniu Ameryki. W pokojach cichych ani jeden fortepijan się nie odezwał. Szachy nie wyszły ze skrzynki, ani karty ze swego puzderka. Pokoje do gry były próżne. Tego dnia miałem sposobność zapoznać doktora Pitferge’a z kapitanem Corsicanem. Mój oryginał zabawił wielce kapitana, opowiadając mu tajemną kronikę Great-Eastern’u. Starał się go przekonać, że to był okręt potępiony, zaczarowany, że go spotka straszne nieszczęście. Legenda „o mechaniku zalutowanym“ bardzo się podobała Corsicanowi, który jako szkot, był wielkim lubownikiem nadzwyczajności, jednakże nie mógł się wstrzymać od uśmiechu niedowierzania.
— Widzę — zauważył doktór Pitferge, — że kapitan nie wierzy moim legendom?
— Bardzo!... to wiele znaczy! odrzekł Korsykan.
— Czy uwierzysz mi więc, kapitanie, — zapytał doktór tonem poważniejszym, jeżeli pana przekonam, że ten okręt jest w nocy nawiedzany?
— Nawiedzany! wykrzyknął kapitan. Jak to! Więc w to się mięszają duchy? I pan temu wierzysz?
— Wierzę, — odrzekł Pitferge, — wierzę temu, co opowiadają ludzie godni wiary. Trzymam się zaś tego co mi opowiadali jednozgodnie oficerowie kolejni i majtkowie, że w czasie głębokiéj nocy, jakaś postać jak cień przechadza się po okręcie. Jak ona się zjawia? nie wiadomo. Jak niknie? także nic o tem nie powiedzą.
— Na świętego Dunstana! zawołał kapitan Corsican, będziemy ją pilnowali razem.
— Tej nocy? spytał doktór.
— Tej nocy, jeżeli pan chcesz. A pan — dodał kapitan, zwracając się do mnie, — będziesz nam towarzyszył?
— Nie, odrzekłem, nie chcę zakłócać inkognita tego widma. Zresztą wolę myśleć, że nasz doktór żartuje.
— Ja nie żartuję, — odpowiedział uparty Pitferge.