Strona:Julijusz Verne-Miasto pływające.djvu/097

Ta strona została skorygowana.
89

byliśmy czekać przypływu morza do drugiego dnia. Jeszcze jeden dzień!
O trzy kwadranse na piątą, za rozkazem sternika, kotwice zostały zapuszczone. Łańcuchy spadały z trzaskiem podobnym do grzmotów. Myślałem nawet przez jakiś czas, że rozpoczyna się burza. Gdy kotwice zaczepiły o piasek, parostatek obrócił się popchnięty odpływem morza i stanął nieruchomy. Ani jedna fala nie wzburzała morza, Great-Eastern wyglądał teraz jak wysepka.
W tej chwili trąbka dała się słyszeć po raz ostatni. Zwoływała ona podróżnych na obiad pożegnalny. Stowarzyszenie wynajmujących miało częstować szampanem swoich gości. Każden chciał stanąć na wezwanie. W kwadrans później, sale zapełniał się biesiadnikami a pokład opustoszał.
Siedem osób tylko miało zostawić swe miejsce niezajętem dwu przeciwników, których życie miało się w pojedynku rozegrać, czterech sekundantów i doktór, którzy mieli im towarzyszyć. Godzina tego spotkania dobrze była wybrana. I miejsce walki również, nikogo na pokładzie. Pasażerowie zeszli do dining-woms,[1] majtkowie na swe stanowisko, oficerowie, do swoich pokojów osobnych. Nie było żadnego sternika przy rudlu z tyłu parostatek stal nieruchomie na swych kotwicach.
O dziesięć minut na szóstą, ja z doktorem zeszliśmy się z Fabijanem i kapitanem Corsicanem. Nie widziałem Fabijana od owej sceny przy grze. Wydał mi się smutnym, lecz bardzo spokojnym. To spotkanie zdawało się go nie obchodzić. Myśli jego błąkały się gdzieindziej a spojrzeniem niespokojnem, szukały ciągle Ellen’y. Poprzestał na uściśnieniu mi ręki nie mówiąc ani słowa.
— Stary Drake jeszcze nie przyszedł? zapytał mnie.
— Kapitan Corsican.
— Nie jeszcze, — odpowiedziałem.
— Chodźmy na tył okrętu. Tam jest miejsce spotkania.

Fabijan, kapitan Corsican i ja, poszliśmy do wielkiego rudla. Niebo się pochmurzyło. Przytłumione grzmoty toczyły się na horyzoncie. Były one jakby basem wtorującym przy

  1. Jadalnie.